KTR Kontra Relacje Wisła, 23-24 maja 2009
Wisła, 23-24 maja 2009

Spływ Wisłą zorganizowany przez Kontrę przed dwoma laty wszyscy uczestnicy wspominają jako świetny wypoczynek. Na odcinku Annopol - Kazimierz Dolny nurt jest w większości miejsc silny i spokojnie niesie kajaki. W ciepłe dni jakie wtedy wypadły nawet przelotna ulewa i wieczorna burza nie zepsuły nam humorów. W weekend 23-24 maja 2009 wszystko wyglądało nieco inaczej...

Wiosna za bardzo nas w tym roku nie rozpieszcza słońcem, ale planując spływ Wisłą mieliśmy jeszcze w głowach wspomnienie poprzedniej takiej imprezy i liczyliśmy, że na weekend pogoda się poprawi. Jedno spojrzenie za okno po porannej pobudce wystarczyło by pozbawić nas złudzeń. Lało jak z cebra.

Większość ekipy pod wodzą inicjatora imprezy - Mousera, do Annopola dostała się porannym busem. W umówionym miejscu, po prawej stronie za mostem, czekali na nas jadących z Szymkiem samochodem z kajakami. Na szczęście pod mostem mogli się schować przed deszczem bo jeszcze w chwili gdy obie grupy się spotkały z nieba spadł intensywny grad.

Pogodę można pochwalić za to, że w ciągu dnia nie lało cały czas. Na starcie był czas na spokojne przebranie się i zapakowanie w kajaki. Na rzece też tylko ze dwa razy złapała nas ulewa. Moim zdaniem najgorzej potraktował nas wiatr - był niestety dość silny i wiał prosto w twarz. Wisła rzeczka dość szeroka i poza głównym nurtem raczej płytka więc dodatkowo tworzyły się fale. Momentami natura serwowała nam wrażenia jakbyśmy byli na środku jeziora - wzburzona woda, odległe brzegi, świst wiatru w uszach. Mimo dość silnego nurtu rzeki, w tych niesprzyjających raczej warunkach płynięcie nie było już czystym relaksem.

Zmarznięci nie przestawaliśmy jednak podziwiać rzeki i widoków. Wisła płynie szerokim korytem doliną, która w miarę zbliżania się do Kazimierza coraz bardziej się zwęża. Brzegi rzeki są przez większość odcinka łatwo dostępne choć porośnięte raczej krzakami niż ładnym lasem. Płynąc często natrafia się na piaszczyste plaże i starorzecza. Gdzieniegdzie dopatrzyć się można pozostałości po mostach lub innych budowlach wodnych. Stałym elementem na Wiśle są piaszczyste łachy. Na takich "wyspach" mogliśmy wysiadać by rozprostować kości. Stanowiły one także czasami zaskakującą przeszkodę. Gdy niespodziewanie na środku rzeki kajak potrafił utnąć na mieliźnie trzeba było przeciągnąć go spowrotem na głębszą wodę. Konieczne jest zachowanie przy tym ostrożnośći gdyż od strony nurtu łacha taka gwałtownie się kończy i nieuważna osoba może nagle wpaść w prawdziwą głębinę.

Pierwszego dnia nie dopłynęliśmy nawet do przeprawy koło Solca. Za miejscem na nocleg zaczęliśmy się rozglądać pod wieczór będąc wciąż w okolicach Koloni Kaliszany. Na lewym brzegu rzeki przyglądaliśmy się pięknie wyglądającej piaszczystej plaży, ale zwiad przeprowadzony przez chłopaków kazał nam szukać dalej. Ostatecznie wylądowaliśmy po prawej stronie tuż obok wielkiego kamieniołomu w Kaliszanach. Namioty postanowiliśmy rozbić nie u jego podnóża, ale lekko na uboczu przy używanej tylko przez wędkarzy dróżce.

Rozbiliśmy obozowisko i przygotowaliśmy ognisko. W temacie zaopatrzenia na nocną imprezę poratował nas Romek, który dotarł do nas samochodem. Śpiewy i rozmowy wypełniły nam wieczór do późnych godzin nocnych. Kogo trzeba było odprowadzono do namiotów i każdy do rana spał jak kamień.

Niedziela przywitała nas nieco lepszą pogodą. Ustał troszkę wiatr. Po śniadaniu z odnowionymi siłami chwyciliśmy za wiosła i przy mniejszym "oporze przyrody" znacznie sprawniej dążyliśmy już do celu. Płynąc w kierunku Solca widzieliśmy na wyniesionym już tutaj prawym brzegu kościół i pałac w Piotrawinie. Po krótkiej przerwie przy przeprawie promowej koło Solca ruszyliśmy dalej. Czas gonił nas tego dnia bardzo, gdyż chcąc dotrzeć do Kazimierza, w dodatku o w miarę wczesnej godzinie, musieliśmy szybko nadrobić zaległości z dnia poprzedniego. Mimo to zrobiliśmy sobie długi postój we wspaniałym miejscu na lewym brzegu Wisły już kawałek za ujściem rzeki Kamienicy. Za kilkunastometrową piaszczystą plażą znajdowało się tam porośnięte trawką i kilkoma drzewkami małe wzgórze. Posiłek w tak pięknych okolicznościach przyrody smakował jeszcze lepiej.

Niedługo później zaobserwowaliśmy już w oddali zamek w Janowcu. Wydawało się, że meta naszego spływu jest już w zasięgu wzroku. Tak jednak nie było. Od chwili kiedy z rzeki pierwszy raz zobaczyliśmy zamek do promu w Kazimierzu pozostawało jeszcze ładnych kilka kilometrów, podczas których Janowiec wielokrotnie pojawiał się i znikał z oczu. Wisła na tym odcinku ma jeszcze kilka zakrętów. Na prawym brzegu coraz bardziej rosną wzgórza i rzeka zbliża się do swojego pięknego przełomu.

Wreszcie pojawia się Mięćmierz ze znanym wiatrakiem i punkt widokowy. Gdy tamtędy przepływaliśmy ktoś wykorzystywał właśnie to wzgórze jako miejsce startu na paralotni. Kilkaset metrów dalej, przy przeprawie promowej koło kamieniołomu w Kazimierzu zakończyliśmy naszą wyprawę.

Trochę zmęczeni i mimo wszystko jednak spaleni słońcem, które solidnie operowało przez chmury, wróciliśmy już bez przygód do Lublina.