KTR Kontra Relacje Białoruś spływ rzekami Stwiga i Słucz
Białoruś spływ rzekami Stwiga i Słucz

 

SPŁYW PO DWÓCH RZEKACH, DOPŁYWACH PRYPECI, STANOWIĄCYCH DO 1939 R. WSCHODNIĄ GRANICĘ POLSKI

Trasę po białoruskich rzekach zaplanował Szymek z Witkiem. Jechało nas 17 osób plus kierowca, a z tyłu na przyczepie 7 kajaków i 2 kanu. Niektórzy z nas to już weterani wschodnich szlaków. Przedtem braliśmy udział w dwóch spływach po rzekach Ukrainy: Prypeci, Stochodzie, Korcziku i Słuczy.

stwiga słucz białoruś 

 

Pierwsza niewiadoma to granica. Czy mamy tak naprawdę wszystkie dokumenty? Czy będziemy musieli płacić jakiś dodatkowy haracz? Wbrew obawom granicę przekroczyliśmy bez specjalnych trudności po dwóch godzinach oczekiwania. Po wymianie waluty w kantorze przygranicznym i zrobieniu niezbędnych dodatkowych zakupów, resztę dnia spędziliśmy na jeździe w głąb „interioru”. Wieczorem dojechaliśmy do małej wsi Horodyszcze, położonej już za Pińskiem.

Traktorem nad rzekę

Następnego ranka szybko się zebraliśmy, bo mieliśmy jeszcze do pokonania około 200 km do pogranicza białorusko-ukraińskiego. Tam we wsi Dzierżyńsk (przed wojną Radziwiłłów) kończyła się droga i czekało nas 4 km bezdroża do Stwigi. Przyjazd do wsi wzbudził wielkie zainteresowanie miejscowych. Jeden z nich ofiarował się pokazać nam drogę do rzeki. Popatrzył na nasz autobusik, sprawdził, czy mamy hak, wskoczył na traktor i „dawaj wpieriod”! W lesie za wsią rozciągała się skomplikowana sieć, chyba dawnych szlaków przemytniczych: bez przewodnika nie znaleźlibyśmy łatwo dojścia do rzeki. Po półgodzinie jazdy po wądołach zobaczyliśmy Stwigę. Wyłoniła się przed nami budząc od razu zachwyt: dość szeroka, o czystej wodzie, otoczona gęstwą drzew. Kajaki zeszły na wodę o godzinie 16. Słońce świeciło, humory nam dopisywały, więc wiosłowaliśmy zawzięcie jeszcze przez dwie godziny.

Jak w Amazonii

Pierwsze obserwacje zapowiadały moc wrażeń. Wiedzieliśmy, że rzeka płynie przez odludne okolice, a wszystkie drogi prowadzące przez otaczające nas lasy i bagna wiosną są zalane, więc przez 3-4 dni nie będziemy mieć kontaktu z cywilizacją. Byliśmy zdani na siebie. I o to nam chodziło: taka izolacja to już rzadkość w Europie. Czuliśmy się jak w Amazonii, może nie tak gorącej, ale za to bardziej swojskiej. Dookoła znajome gatunki roślin i zwierząt niestwarzających zagrożenia. Na mnie największe wrażenie wywarły dęby. Rosły tam w olbrzymich ilościach: stare o potarganych konarach i młode dumnie wyprężone do góry, pokryte młodym zielonożółtym listowiem.

Poligony

Pierwszy nocleg wybraliśmy na lewym brzegu, gdzie widniała spora polanka z dębem na środku. Miejsca starczyło na wszystkie namioty i jak zawsze na ognisko. Po krótkim rekonesansie po okolicy okazało się, że wszystkie ścieżki kończą się po kilkudziesięciu lub kilkuset metrach w wodzie. Tak było na wszystkich postojach. Na wielu drzewach widzieliśmy zawieszone na wysokości kilku metrów barcie wykonane z wydrążonych kłód, większość już uszkodzonych i nieużywanych od dawna. Znak, że w porze suchej kwitło tu życie. Tak było przed wojną, gdy te tereny należały do Polski. Po wojnie, gdy wysied­lono okoliczną ludność i utworzono poligony i gdy doszła do tego jeszcze ideologia, życie na tych pogranicznych terenach zamarło.

W dawnym chutorze

Następnego ranka pogoda nadal dopisywała. Ci, którzy schodzili na wodę pierwsi mieli okazję usłyszeć łosia, jak spłoszony uciekał przez moczary (niestety, był niewidoczny zza drzew). W południe dotarliśmy do uroczyska Kołki, położonego na piaszczystym, wysokim brzegu za szerokim rozlewiskiem. W miejscu, gdzie Stwiga zamienia się ponownie w rzekę normalnej szerokości stoi jeszcze drewniany most, który kiedyś prowadził do zagubionego w lesie chutoru, a teraz powoli kończy żywot. Pod wieczór pogoda zaczęła się psuć i przy pierwszych kroplach deszczu zatrzymaliśmy się na następny biwak w dawnym chutorze Rubryń. Został po nim jeden zrujnowany murowany budyneczek, jakieś żelastwo, doły ze śmieciami, kilka barci i droga prowadząca w las. Ślady wskazują, że miejsca te są odwiedzane przez kłusowników i wędkarzy.

Skok w bok

Następnego dnia mieliśmy w planie zwiedzanie dawnych poligonów i próbę wtargnięcia na Błota Olmańskie. Jakby na zamówienie, deszczyk przestał padać. Zostawiliśmy kajaki na brzegu przy resztkach mostu i dziarskim marszem wkroczyliśmy na piaszczystą drogę prowadzącą na zachód przez las. Po około 7 km pojawiły się wielkie polany, częściowo już pozarastane, gdzie wypatrzyliśmy sylwetki kilku wozów pancernych i amfibii. Tkwiły częściowo

wroś­nięte w glebę, zardzewiałe i zdezelowane. Kilkanaście kilometrów dalej jest nawet cmentarzysko czołgów, ale nie mieliśmy tyle czasu, aby tam dojść. Zrobiliśmy jeszcze niewielki „skok w bok”, aby zobaczyć jak wyglądają te „kultowe” bagna. Weszliśmy sznureczkiem prostopadle do głównej drogi i po chwili wyszliśmy na otwartą przestrzeń: przed oczami rozpostarło się bezkresne torfowisko z pojedynczymi drzewkami i urozmaiconą bagienną roślinnością. Szybko jednak zakończyliśmy obserwacje, bo kępy mchów, na których staliśmy, zaczęły powoli tonąć pod naszym ciężarem, a woda bulgocąc groziła wlaniem się do kaloszy.

Pierwszy człowiek po trzech dniach

Po powrocie do rzeki pogoda znowu się pogorszyła. Mimo deszczu dalsza podróż wcale nie była przykra i nudna: kilka godzin spędzonych na slalomie między drzewami stojącymi „po kolana” w wodzie, kluczeniem między odnogami, poszukiwaniem skrótów minęło szybko. Rzeka tak meandrowała, że widać było w prześwitach między drzewami i zaroślami kajaki płynące na przedzie. Jazda na wprost kusiła, ale przeważnie kończyła się w ślepym zaułku i trzeba było pracowicie nadrabiać drogę. Potem pojawiły się rozlewiska z szerokimi połaciami traw i trzcinowisk, które odcięły nam dostęp do suchego brzegu. Zaczęliśmy się obawiać, że nie znajdziemy dobrego miejsca na biwak. Ale jeszcze raz Stwiga nas zadziwiła i tuż przed zmrokiem dotarliśmy do suchej polany z pięknym lasem na zapleczu.

Stwigę pożegnaliśmy następnego dnia, na szczęście już słonecznego. Po około dwóch godzinach płynięcia przez rozlewiska zobaczyliśmy pierwszego człowieka po trzech dniach. Wkrótce dotarliśmy w pobliże wsi, w której czekał już na nas samochód. Obejrzeliśmy jeszcze tylko pobliski cmentarzyk z niebieskimi nagrobkami, typowymi dla prawosławia, kilkoma starymi krzyżami i oczywiście z dziuplastym dębem pośrodku z nieodłączną barcią.

Wróciliśmy na główną szosę i zatrzymaliśmy się na godzinę w Turowie, niewielkim miasteczku nad Prypecią. Jest tam nieduża góra zwana zamkową z wysokim pomnikiem Cyryla Turońskiego. Podczas wykopalisk archeologicznych odkryto tam pozostałości po zabudowaniach z X-XIV wieku: zamku, cerkwi i niewielkiego grodu. Prypeć, widziana ze wzgórza, to szeroka na kilka kilometrów rzeka, pełna wysepek, ostrowów, mielizn i z tysiącami ptaków.

Na dalekiej wsi

Z Turowa plątaniną coraz to węższych asfaltówek dotarliśmy do wsi Milewicze, skąd mieliśmy już tylko 2 km do następnej „naszej granicznej” rzeki, Słuczy. Pierwsze wrażenie po jej zobaczeniu było całkiem pozytywne: dość szeroka, meandrująca, na brzegach łąki, pastwiska i nieodłączne dęby. Rankiem zrzuciliśmy kajaki na wodę i w drogę. Po pierwszym kilometrze przenoska, pierwsza na tym spływie. Na lewym brzegu zbudowano niewielką elektrownię, przekopano kanał do niej, a rzekę spiętrzono niewielkim jazem. Dalej poszło już bez przeszkód. Słucz okazała się na tym odcinku jak skrzyżowanie naszego Wieprza z Bugiem, koniec niedostępnych bagien i bezkresnych lasów. Ale za to inne atrakcje: po drodze miały być wsie, które będziemy zwiedzać. I tak było rzeczywiście. Pierwsza, Zaluticze, a jakże, była nad rzeką, ale jakby nieco oddalona od niej: pomiędzy rzeką a wsią rozciągały się tereny zalewowe. Ale co to dla nas. Zdjęliśmy buty i podkasaliśmy nogawki powyżej kolan i już wieś nasza. Od strony rzeki wznosił się wysoki krzyż ubrany zwyczajem białoruskim w chusty i haftowane ręczniki, które dokładane co roku, tworzyły już grubą warstwę. A dalej typowe chatki białoruskie: drewniane, z niebiesko malowanymi oknami i niestety, eternitowymi dachami. Wieś kończyła się cmentarzykiem na wzgórku. Życie toczy się tu pomalutku: cerkwi nie ma, kołchoz zlikwidowany, młodzież uciekła do miasta, szkołę zamknięto. Wiele domów stoi opuszczonych po śmierci ostatnich mieszkańców – zasłonięte kwitnącymi jabłoniami, powoli zamieniają się w ruinę. Dookoła nich poprzewracane płotki, podwóreczka zarastające trawą, przez okienka widać wewnątrz białe duże piece z porzuconymi garnkami, koślawe stoły przykryte gazetami, w następnym pokoiku metalowe łóżka z resztkami pościeli, czasem drewniana kołyska, jakieś zardzewiałe wiadro. Tak było i w następnych wsiach. Niektórzy z nas nawiązywali z mieszkańcami bezpośrednie kontakty i rozmowy, a nawet prowadzili handel wymienny. Białorusini, po pokonaniu bariery nieufności z ich strony, okazywali się nader sympatyczni i niezmiernie gościnni. Chętnie przyznawali się do związków z polską krwią, zwłaszcza we wsiach położonych na zachodnim brzegu Słuczy.

Pomnik jak z Lublina

Na nocleg zatrzymaliśmy się we wsi o nazwie Lenin. Nazwa nie ma nic wspólnego z wiadomą osobą, ale pochodzi od imienia córki dawnego włodarza tych terenów, Leny. We wsi z dobrze zaopatrzonymi sklepami, otwartymi nawet w święta do późna (pełniły również rolę swoistego centrum życia towarzyskiego), był pom­nik przypominający stylem ten, który ozdabiał dawniej nasz plac Litewski. Była również cerkiew o dziwacznym wyglądzie: ceglany budynek z przybudówką i jakby przyklejoną do dachu blaszaną kopułką z krzyżem. Niedaleko rzeki, w miejscu, gdzie była stara cerkiew zburzona przez komunistów, stał krzyż i trzy groby za zardzewiałym ogrodzeniem.

Namioty rozbiliśmy w pobliżu drewnianego mostu, sprawiającego wrażenie, że lada chwila rozsypie się pod nogami, a który okazał się ruchliwą arterią wydającą przeraźliwe odgłosy grzmotów, grzechotów i jęków za każdym razem, gdy przejeżdżały po nim w pędzie miejscowe środki komunikacji.

Gościna pod niebem

Rano, po ożywczej kąpieli damskiej części ekipy w zimnych rzecznych wodach, rozpoczęliśmy drugi i zarazem ostatni dzień na Słuczy. Rzeka przepływała teraz przez świetliste dąbrowy z rzadka przerywane łąkami. W tym dniu mieliśmy odnaleźć i zwiedzać dwie zagubione nad rzeką wsie. Po kilku godzinach zobaczyliśmy przy brzegu przymocowaną do lin tratwę, która stanowiła prymitywny prom. Był to znak, że jesteśmy w pobliżu wsi. Po chwili z lasu wyłonił się tubylec, potwierdził nasze przypuszczenia i korzystając z promu zniknął po drugiej stronie rzeki. W las prowadziła ścieżka. Po przejściu około 2 km zobaczyliśmy wioskę. Jak się okazało, liczyła 30 mieszkańców, wyłącznie w podeszłym wieku. Jak zwykle we wsi był sklep, w którym można było kupić podstawowe produkty, w tym wódkę.

Potem była kolejna wioska, która przed wojną leżała po polskiej stronie. Truskawka, czyli nasza kajakarka-seniorka, i ja udałyśmy się na zwiady. Na głównej drodze zostałyśmy natychmiast zastopowane przez dwóch podchmielonych osobników, którzy wzięli nas za „szpiony”. No tak, pojawiły się nie wiadomo skąd, dziwnie ubrane i obwieszone aparatami – a „wielki brat” jeszcze na Białorusi czuwa. Ale gdy wytłumaczyłyśmy, że jesteśmy z grupą kajakarzy i do tego z Polski, to nastąpiła nagła zmiana nastawienia – groźny osobnik z rozczuleniem przyznał się do polskich korzeni i zaprosił całą ekipę do siebie w gościnę, a drugi oprowadził po całej wsi łącznie z cmentarzem, po drodze stukając do każdych drzwi i przedstawiając nas. Wkrótce dobiła do nas reszta ekipy i nie było mowy o wykręceniu się od zaproszenia. Gościnny Poleszuk zaprowadził nas do chaty, gdzie najpierw stoczył słowną potyczkę z zaskoczoną i lekko podchmieloną konkubiną, a potem wystawił stół na zewnątrz, huknął pięścią w blat i gromko zakrzyknął: „Ja siewodnia chaziain!”. Po czym pojawiły się wędzone wielgachne ryby i rozchichotane uczynne sąsiadki z bimbrem. Tak wygląda słowiańska gościnność.

Powrót

Wieczorem dopłynęliśmy do mostu przy głównej szosie, który mijaliśmy pierwszego dnia pobytu i tak kółko się zamknęło. Następny dzień upłynął nam na zwiedzaniu Pińska, gdzie zachowało się sporo polskich śladów: cmentarz z polskimi mogiłami, kościół pofranciszkański, a obecnie odnowiona pięknie katedra prowadzona przez polskie siostry, inne kościoły zamienione na cerkwie lub sale koncertowe, dawne kolegium jezuickie, a obecnie muzeum Polesia z ciekawymi eksponatami. Ale nie ma już śladu po typowej kresowej atmosferze – na centralnym placu wznosi się pomnik kroczącego dziarsko Lenina, a nazwy ulic trącają poprzednią epoką (tak jest w każdej białoruskiej mieścinie).

Ostatni biwak był nad Piną, gdzie trafiliśmy po skręceniu w bok z głównej drogi. Potem jeszcze zwiedzanie Twierdzy Brzeskiej, nieco uciążliwe przekraczanie granicy i byliśmy z powrotem w Polsce.

Maria Wilkus ( relacja pochodzi z Kuriera Lubelskiego )

Zdjęcia z wyprawy znajdziecie na stronie ANDRUSA

http://www.andrus.lublin.pl/foto/bialorussp2008/strony%20glowne/g_bialorus2008_4.htm