Traktorem nad rzekę
Następnego ranka szybko się zebraliśmy, bo mieliśmy jeszcze do pokonania około 200 km do pogranicza białorusko-ukraińskiego. Tam we wsi Dzierżyńsk (przed wojną Radziwiłłów) kończyła się droga i czekało nas 4 km bezdroża do Stwigi. Przyjazd do wsi wzbudził wielkie zainteresowanie miejscowych. Jeden z nich ofiarował się pokazać nam drogę do rzeki. Popatrzył na nasz autobusik, sprawdził, czy mamy hak, wskoczył na traktor i „dawaj wpieriod”! W lesie za wsią rozciągała się skomplikowana sieć, chyba dawnych szlaków przemytniczych: bez przewodnika nie znaleźlibyśmy łatwo dojścia do rzeki. Po półgodzinie jazdy po wądołach zobaczyliśmy Stwigę. Wyłoniła się przed nami budząc od razu zachwyt: dość szeroka, o czystej wodzie, otoczona gęstwą drzew. Kajaki zeszły na wodę o godzinie 16. Słońce świeciło, humory nam dopisywały, więc wiosłowaliśmy zawzięcie jeszcze przez dwie godziny.
Jak w Amazonii
Pierwsze obserwacje zapowiadały moc wrażeń. Wiedzieliśmy, że rzeka płynie przez odludne okolice, a wszystkie drogi prowadzące przez otaczające nas lasy i bagna wiosną są zalane, więc przez 3-4 dni nie będziemy mieć kontaktu z cywilizacją. Byliśmy zdani na siebie. I o to nam chodziło: taka izolacja to już rzadkość w Europie. Czuliśmy się jak w Amazonii, może nie tak gorącej, ale za to bardziej swojskiej. Dookoła znajome gatunki roślin i zwierząt niestwarzających zagrożenia. Na mnie największe wrażenie wywarły dęby. Rosły tam w olbrzymich ilościach: stare o potarganych konarach i młode dumnie wyprężone do góry, pokryte młodym zielonożółtym listowiem.
Poligony
Pierwszy nocleg wybraliśmy na lewym brzegu, gdzie widniała spora polanka z dębem na środku. Miejsca starczyło na wszystkie namioty i jak zawsze na ognisko. Po krótkim rekonesansie po okolicy okazało się, że wszystkie ścieżki kończą się po kilkudziesięciu lub kilkuset metrach w wodzie. Tak było na wszystkich postojach. Na wielu drzewach widzieliśmy zawieszone na wysokości kilku metrów barcie wykonane z wydrążonych kłód, większość już uszkodzonych i nieużywanych od dawna. Znak, że w porze suchej kwitło tu życie. Tak było przed wojną, gdy te tereny należały do Polski. Po wojnie, gdy wysiedlono okoliczną ludność i utworzono poligony i gdy doszła do tego jeszcze ideologia, życie na tych pogranicznych terenach zamarło.
W dawnym chutorze
Następnego ranka pogoda nadal dopisywała. Ci, którzy schodzili na wodę pierwsi mieli okazję usłyszeć łosia, jak spłoszony uciekał przez moczary (niestety, był niewidoczny zza drzew). W południe dotarliśmy do uroczyska Kołki, położonego na piaszczystym, wysokim brzegu za szerokim rozlewiskiem. W miejscu, gdzie Stwiga zamienia się ponownie w rzekę normalnej szerokości stoi jeszcze drewniany most, który kiedyś prowadził do zagubionego w lesie chutoru, a teraz powoli kończy żywot. Pod wieczór pogoda zaczęła się psuć i przy pierwszych kroplach deszczu zatrzymaliśmy się na następny biwak w dawnym chutorze Rubryń. Został po nim jeden zrujnowany murowany budyneczek, jakieś żelastwo, doły ze śmieciami, kilka barci i droga prowadząca w las. Ślady wskazują, że miejsca te są odwiedzane przez kłusowników i wędkarzy.
Skok w bok
Następnego dnia mieliśmy w planie zwiedzanie dawnych poligonów i próbę wtargnięcia na Błota Olmańskie. Jakby na zamówienie, deszczyk przestał padać. Zostawiliśmy kajaki na brzegu przy resztkach mostu i dziarskim marszem wkroczyliśmy na piaszczystą drogę prowadzącą na zachód przez las. Po około 7 km pojawiły się wielkie polany, częściowo już pozarastane, gdzie wypatrzyliśmy sylwetki kilku wozów pancernych i amfibii. Tkwiły częściowo
wrośnięte w glebę, zardzewiałe i zdezelowane. Kilkanaście kilometrów dalej jest nawet cmentarzysko czołgów, ale nie mieliśmy tyle czasu, aby tam dojść. Zrobiliśmy jeszcze niewielki „skok w bok”, aby zobaczyć jak wyglądają te „kultowe” bagna. Weszliśmy sznureczkiem prostopadle do głównej drogi i po chwili wyszliśmy na otwartą przestrzeń: przed oczami rozpostarło się bezkresne torfowisko z pojedynczymi drzewkami i urozmaiconą bagienną roślinnością. Szybko jednak zakończyliśmy obserwacje, bo kępy mchów, na których staliśmy, zaczęły powoli tonąć pod naszym ciężarem, a woda bulgocąc groziła wlaniem się do kaloszy.
Pierwszy człowiek po trzech dniach
Po powrocie do rzeki pogoda znowu się pogorszyła. Mimo deszczu dalsza podróż wcale nie była przykra i nudna: kilka godzin spędzonych na slalomie między drzewami stojącymi „po kolana” w wodzie, kluczeniem między odnogami, poszukiwaniem skrótów minęło szybko. Rzeka tak meandrowała, że widać było w prześwitach między drzewami i zaroślami kajaki płynące na przedzie. Jazda na wprost kusiła, ale przeważnie kończyła się w ślepym zaułku i trzeba było pracowicie nadrabiać drogę. Potem pojawiły się rozlewiska z szerokimi połaciami traw i trzcinowisk, które odcięły nam dostęp do suchego brzegu. Zaczęliśmy się obawiać, że nie znajdziemy dobrego miejsca na biwak. Ale jeszcze raz Stwiga nas zadziwiła i tuż przed zmrokiem dotarliśmy do suchej polany z pięknym lasem na zapleczu.
Stwigę pożegnaliśmy następnego dnia, na szczęście już słonecznego. Po około dwóch godzinach płynięcia przez rozlewiska zobaczyliśmy pierwszego człowieka po trzech dniach. Wkrótce dotarliśmy w pobliże wsi, w której czekał już na nas samochód. Obejrzeliśmy jeszcze tylko pobliski cmentarzyk z niebieskimi nagrobkami, typowymi dla prawosławia, kilkoma starymi krzyżami i oczywiście z dziuplastym dębem pośrodku z nieodłączną barcią.
Wróciliśmy na główną szosę i zatrzymaliśmy się na godzinę w Turowie, niewielkim miasteczku nad Prypecią. Jest tam nieduża góra zwana zamkową z wysokim pomnikiem Cyryla Turońskiego. Podczas wykopalisk archeologicznych odkryto tam pozostałości po zabudowaniach z X-XIV wieku: zamku, cerkwi i niewielkiego grodu. Prypeć, widziana ze wzgórza, to szeroka na kilka kilometrów rzeka, pełna wysepek, ostrowów, mielizn i z tysiącami ptaków.
Na dalekiej wsi
Z Turowa plątaniną coraz to węższych asfaltówek dotarliśmy do wsi Milewicze, skąd mieliśmy już tylko 2 km do następnej „naszej granicznej” rzeki, Słuczy. Pierwsze wrażenie po jej zobaczeniu było całkiem pozytywne: dość szeroka, meandrująca, na brzegach łąki, pastwiska i nieodłączne dęby. Rankiem zrzuciliśmy kajaki na wodę i w drogę. Po pierwszym kilometrze przenoska, pierwsza na tym spływie. Na lewym brzegu zbudowano niewielką elektrownię, przekopano kanał do niej, a rzekę spiętrzono niewielkim jazem. Dalej poszło już bez przeszkód. Słucz okazała się na tym odcinku jak skrzyżowanie naszego Wieprza z Bugiem, koniec niedostępnych bagien i bezkresnych lasów. Ale za to inne atrakcje: po drodze miały być wsie, które będziemy zwiedzać. I tak było rzeczywiście. Pierwsza, Zaluticze, a jakże, była nad rzeką, ale jakby nieco oddalona od niej: pomiędzy rzeką a wsią rozciągały się tereny zalewowe. Ale co to dla nas. Zdjęliśmy buty i podkasaliśmy nogawki powyżej kolan i już wieś nasza. Od strony rzeki wznosił się wysoki krzyż ubrany zwyczajem białoruskim w chusty i haftowane ręczniki, które dokładane co roku, tworzyły już grubą warstwę. A dalej typowe chatki białoruskie: drewniane, z niebiesko malowanymi oknami i niestety, eternitowymi dachami. Wieś kończyła się cmentarzykiem na wzgórku. Życie toczy się tu pomalutku: cerkwi nie ma, kołchoz zlikwidowany, młodzież uciekła do miasta, szkołę zamknięto. Wiele domów stoi opuszczonych po śmierci ostatnich mieszkańców – zasłonięte kwitnącymi jabłoniami, powoli zamieniają się w ruinę. Dookoła nich poprzewracane płotki, podwóreczka zarastające trawą, przez okienka widać wewnątrz białe duże piece z porzuconymi garnkami, koślawe stoły przykryte gazetami, w następnym pokoiku metalowe łóżka z resztkami pościeli, czasem drewniana kołyska, jakieś zardzewiałe wiadro. Tak było i w następnych wsiach. Niektórzy z nas nawiązywali z mieszkańcami bezpośrednie kontakty i rozmowy, a nawet prowadzili handel wymienny. Białorusini, po pokonaniu bariery nieufności z ich strony, okazywali się nader sympatyczni i niezmiernie gościnni. Chętnie przyznawali się do związków z polską krwią, zwłaszcza we wsiach położonych na zachodnim brzegu Słuczy.
Pomnik jak z Lublina
Na nocleg zatrzymaliśmy się we wsi o nazwie Lenin. Nazwa nie ma nic wspólnego z wiadomą osobą, ale pochodzi od imienia córki dawnego włodarza tych terenów, Leny. We wsi z dobrze zaopatrzonymi sklepami, otwartymi nawet w święta do późna (pełniły również rolę swoistego centrum życia towarzyskiego), był pomnik przypominający stylem ten, który ozdabiał dawniej nasz plac Litewski. Była również cerkiew o dziwacznym wyglądzie: ceglany budynek z przybudówką i jakby przyklejoną do dachu blaszaną kopułką z krzyżem. Niedaleko rzeki, w miejscu, gdzie była stara cerkiew zburzona przez komunistów, stał krzyż i trzy groby za zardzewiałym ogrodzeniem.
Namioty rozbiliśmy w pobliżu drewnianego mostu, sprawiającego wrażenie, że lada chwila rozsypie się pod nogami, a który okazał się ruchliwą arterią wydającą przeraźliwe odgłosy grzmotów, grzechotów i jęków za każdym razem, gdy przejeżdżały po nim w pędzie miejscowe środki komunikacji.
Gościna pod niebem
Rano, po ożywczej kąpieli damskiej części ekipy w zimnych rzecznych wodach, rozpoczęliśmy drugi i zarazem ostatni dzień na Słuczy. Rzeka przepływała teraz przez świetliste dąbrowy z rzadka przerywane łąkami. W tym dniu mieliśmy odnaleźć i zwiedzać dwie zagubione nad rzeką wsie. Po kilku godzinach zobaczyliśmy przy brzegu przymocowaną do lin tratwę, która stanowiła prymitywny prom. Był to znak, że jesteśmy w pobliżu wsi. Po chwili z lasu wyłonił się tubylec, potwierdził nasze przypuszczenia i korzystając z promu zniknął po drugiej stronie rzeki. W las prowadziła ścieżka. Po przejściu około 2 km zobaczyliśmy wioskę. Jak się okazało, liczyła 30 mieszkańców, wyłącznie w podeszłym wieku. Jak zwykle we wsi był sklep, w którym można było kupić podstawowe produkty, w tym wódkę.
Potem była kolejna wioska, która przed wojną leżała po polskiej stronie. Truskawka, czyli nasza kajakarka-seniorka, i ja udałyśmy się na zwiady. Na głównej drodze zostałyśmy natychmiast zastopowane przez dwóch podchmielonych osobników, którzy wzięli nas za „szpiony”. No tak, pojawiły się nie wiadomo skąd, dziwnie ubrane i obwieszone aparatami – a „wielki brat” jeszcze na Białorusi czuwa. Ale gdy wytłumaczyłyśmy, że jesteśmy z grupą kajakarzy i do tego z Polski, to nastąpiła nagła zmiana nastawienia – groźny osobnik z rozczuleniem przyznał się do polskich korzeni i zaprosił całą ekipę do siebie w gościnę, a drugi oprowadził po całej wsi łącznie z cmentarzem, po drodze stukając do każdych drzwi i przedstawiając nas. Wkrótce dobiła do nas reszta ekipy i nie było mowy o wykręceniu się od zaproszenia. Gościnny Poleszuk zaprowadził nas do chaty, gdzie najpierw stoczył słowną potyczkę z zaskoczoną i lekko podchmieloną konkubiną, a potem wystawił stół na zewnątrz, huknął pięścią w blat i gromko zakrzyknął: „Ja siewodnia chaziain!”. Po czym pojawiły się wędzone wielgachne ryby i rozchichotane uczynne sąsiadki z bimbrem. Tak wygląda słowiańska gościnność.
Powrót
Wieczorem dopłynęliśmy do mostu przy głównej szosie, który mijaliśmy pierwszego dnia pobytu i tak kółko się zamknęło. Następny dzień upłynął nam na zwiedzaniu Pińska, gdzie zachowało się sporo polskich śladów: cmentarz z polskimi mogiłami, kościół pofranciszkański, a obecnie odnowiona pięknie katedra prowadzona przez polskie siostry, inne kościoły zamienione na cerkwie lub sale koncertowe, dawne kolegium jezuickie, a obecnie muzeum Polesia z ciekawymi eksponatami. Ale nie ma już śladu po typowej kresowej atmosferze – na centralnym placu wznosi się pomnik kroczącego dziarsko Lenina, a nazwy ulic trącają poprzednią epoką (tak jest w każdej białoruskiej mieścinie).
Ostatni biwak był nad Piną, gdzie trafiliśmy po skręceniu w bok z głównej drogi. Potem jeszcze zwiedzanie Twierdzy Brzeskiej, nieco uciążliwe przekraczanie granicy i byliśmy z powrotem w Polsce.
Maria Wilkus ( relacja pochodzi z Kuriera Lubelskiego )
Zdjęcia z wyprawy znajdziecie na stronie ANDRUSA
http://www.andrus.lublin.pl/foto/bialorussp2008/strony%20glowne/g_bialorus2008_4.htm

