|
Ukraińskość Raz do roku, w świętojańską, piękną noc, zakwita gdzieś w ostępach leśnych kwiat paproci. Wielkie szczęście pisane znalazcy. Do tej pory żaden się nie ujawnił. Tyle legenda. Nie podważając wielkiej wartości wspomnianego kwiatu – wyrażam jednakowoż szczerą radość, iż nie wszystkie wydarzenia doniosłe i rzadkie są tak niebywale nieosiągalne. Jednym z nich była nasza wyprawa na Ukrainę - momentami spektakularna, czasami bezprecedensowa, kiedy niekiedy samotna, częściej wspólna, nieraz ryzykowna, a sporadycznie krwawa! 
Dzień 1 Jak na każdą cudowną wycieczkę krajoznawczą przystało, zaczęło się skromnie na ulicy Turystycznej (nomen omen o_O) od zwiedzania parkingu pod eklerkiem. Wszyscy w świetnych nastrojach, pachnący, świeży, umyci na zapas i żądni przygód gawędzili rozkosznie pośród siebie. Po kilku tuzinach minut przyjechał nasz bus. Ekipa zapakowała bagaże do środka, kajaki na gustownej przyczepce do tyłu, a następnie również zapakowała się do środka i wyruszyliśmy w nieznane (a może raczej w średnio poznane i słabo eksplorowane). Początkowo podróż odbywała się w aurze polskości. Dwie godziny jazdy i już znaleźliśmy się na ostatnich wschodnio – przygranicznych centymetrach terenu Unii Europejskiej, w zamiarze mając porzucenie kapitalistyczno - materialistycznego świata na 6 długich dni. Translokacja przez granicę udała się w try miga i bez żadnych przeszkód. Po czasie, jaki przeciętna gospodyni domowa poświęca na obejrzenie dwóch odcinków Mody na sukces, przed oczyma ciał naszych rozpościerał się już obszar, gdzie wsiada na koń kozak młody i czule żegna się z dziewczyną. Zaraz po przejechaniu 123 metrów i 45 centymetrów (skrupulatnie policzonych przez kronikarza wyprawy, czyli autorkę poniższych słów) dopadli nas cinkciarze, u których wymieniliśmy walutę i zrobiliśmy zakupy najpotrzebniejszych towarów, czyli newralgicznych narzędzi dekadenckiego nihilizmu. Ceny, że proszę siadać i się nie oddalać. Podczas dalszej jazdy busem otaczała nas rzeczywistość naznaczona „nicem”. Jak okiem sięgnąć nic po prawej, nic po lewej, żadnych znaków jakiejkolwiek kultury. Nastroje w grupie dopisywały, chociaż niektórzy trochę się denerwowali Słowa naszego komandora „Nie bójcie się! Tam ludzie mają też po pięć palców!” wpłynęły jednak na nas kojąco. Po kilku godzinach jazdy zawitaliśmy do miejscowości Ratno, gdzie pośród intensywnego aromatu sielskoanielskiego odbyło się uroczyste wodowanie naszych przenajpojemniejszych kajaków. Przedtem zapakowaliśmy wszystkie nasze rzeczy do kajaków i kanu, a także unieszkodliwiliśmy wszelaki sprzęt elektroniczny. Oprócz jednego: - Włanczam Dżi Pi Esa – postanowił Jarek Korba. - Mówi się włączam, a nie włanczam – upomniał go specjalista od poprawności językowej Adam Jarząbek - Włanczam – sprzeciwił się Jarek. - Ja wiem, co robię! I zaczął się nasz nawodny bieg, który z przerwami miał trwać przez następnych 5 dni. Skład ekipy: kanu - Adam i Szymon (i zielona beczka), kajaki: Marta & Jarosław, Waldemar & Jarosław, Jerzy & Jarosław, Kazik & Bongo, Robert & Bagaże, Krzysztof & Bagaże. Wielkie brawa dla wszystkich ekip, w tym dla najbardziej zaradnych i najbardziej nieporadnych, dla wszystkich <klaskoklaski>, bo to duety na miarę Flipa i Flapa, Muldera i Scully, Froda i Sama, Bolka i Lolka, Kargula i Pawlaka, a także Dodzi i Radzia. Wszyscy zaopatrzeni w kapoki, by broń Boże nie zniknąć na 3 dni w czeluściach trzewi wieloryba. Rzeka, której dawno temu nadano miano Prypeci, zgotowała nam gościnne przyjęcie. W pierwszym odcinku oddalonej od źródła o ciągłym niedosycie rzeka z dwóch stron okiełznana jest cywilizacyjnym wałem. Ale potem zaczyna pokazywać swe dwojakie oblicze i zawężać porośnięte tatarakiem marginesy. Warto zwrócić uwagę na florę rzeczną. Ja z biologii miałam 5-, więc mam papiery na nieznanie się i w związku z tym nie potrafię przypieczętować magią nazwania wszystkich gatunków roślin wodnych (w tym podwodnych, nawodnych, wwodnych, nadwodnych, przywodnych, a także zawodnych o_O), ale wierzcie mi na słowo, że botanik czułby się tam jak w Arkadii. Zresztą ornitolog też. Wracając jednak do trzcin i tataraków, to okazały się one bardzo chętne do bliskich spotkań trzeciego stopnia z załogą Kazik & Bongo. Chociaż określenie „bardzo chętne” to zbyt mało powiedziane. One gwałtownie i niepohamowanie dyszały żądzą spotkań z nami i rzucały na nas uroki, więc kilkadziesiąt razy uległyśmy. Reszta ekipy miała (oczywiście!) z tego ubaw – pierwsza klasa (a szczególnie Adam Jarząbek. Ehhh, bo Jarząbek to Jarząbek – jego zbyt oczywista inteligencja i daleki od skromnego sposób posługiwania się nazwiskiem przysparzają mu znacznie więcej sympatii niż na to zasługuje. I sprytnie to wykorzystuje). Na pierwszym postoju zaobserwowaliśmy pierwsze leitmotivy wyprawy: niecierpliwie, samotnie chyboczące się i naznaczone zębem czasu czółna. Adam usiłował zaprzyjaźnić się z klaczą, która pozostała obojętna, reszta posilała się i oddawała m.........iłej rozmowie. Krótki etap dalszego rejsu i już byliśmy na miejscu noclegu. Bardzo dobra była strefa biwakowa: liściasty łęg, jagódki i urocze małe istotki. Wspomniałam, że spływ Prypecią to prawdziwy raj dla botaników i ornitologów? Weryfikuję swój sąd. Nawet lepiej niż w raju miałby tam entomolog specjalizujący się w komaroznastwie. Te jakże delikatne i kruche żyjątka, kiedy czarna wrona nocy położy swe skrzydła na okolicy, pokazują swe drugie oblicze. Są wszędobylskie, wszystkie zapewne na koksie, bo takich muskułów nie osiąga się na zwykłej diecie, wprawne w zmasowanych atakach, fachowcy w niewyczuwalnych transfuzjach krwi, umiejętni zawodowcy w irytowaniu i rozsierdzaniu homo sapiens. Trzeba im jednak przyznać, że są dość opiekuńczymi stworzeniami, naprawdę dbającymi o formę swych przyszłych ofiar. Ludzie są bowiem zmuszani do tak intensywnego machania całymi przednimi kończynami, że mięśnie dwugłowe ramienia wyrabiają się w ekspresowym wręcz tempie. Słabymi są jednak komary muzykami. Akustyczna aura, jaką wokół siebie roztaczają jest niezbyt cudowna. Rozstawienie domów i napompowanie łóżek poszło sprawnie, tak samo jak rozpalenie ogniska. Wkrótce oddaliśmy się uczcie dla dusz, czyli Adam przyprowadził swą żonę, by dźwiękami gitary zrobić konkurencję dla znajdujących się w paszczach komarów trąbek, w których bynajmniej nie powietrze grało, ale krew ludzka. Lśnienie ognia i dźwięki wzmacniane rezonansem to coś, co tygryski lubią najbardziej. Można, należy i trzeba spędzać wieczory w ten sposób. Zaprawdę godnym i sprawiedliwym, słusznym i zbawiennym jest radzenie sobie bez sinych ok. telewizorów. Po kilku godzinach upojeni światłem watry i dźwiękami gitary (oczywiście!), udaliśmy się na spoczynek. W późnej godzinie rozpadało się odrobinkę, a powietrze co i raz przerywane było złowróżbnie brzmiącymi odgłosami artylerii niebieskiej. W końcu jednak wszyscy dali radę utulić świadomość. Dzień 2
Nowy dzień wstał. Życzliwie witani przez przebudzoną jawę przystąpiliśmy do burzenia domów i zwijania łóżek.
- Nie czas na s.........(skakanie? siorbanie?), kiedy namiotów składanie! – użył sentencji Adam.
Zawinęliśmy cały sprzęt do naszych środków transportu i w drogę. A raczej w strugę! W rzeczułkę! Pierwszy postój nastąpił już po kilkudziesięciu metrach, bowiem ze szczytu okolicznej wydmy roztaczał się widok dość niesamowity. Po raz kolejny okazało się, że przyroda, w odróżnieniu od mózgów populistów nie dzierży próżni, w związku z czym napełniła okolicę maestrią powabu. Podczas dalszej części rejsu napotkaliśmy na wzbijające się do lotu łabędzie oraz bociany w ilościach sporych. Ptactwo, jak wiadomo, rzecz ulotna. Po przepłynięciu długaśnego odcinka, tym razem po niekiszkowatej i serpentynowatej rzece zagościliśmy w okolice cerkwi w jakiejś miejscowości. Rozwiązania dotyczące metabolizmu w ustrojstwie zwanym organizmem ludzkim zmusiły nas do wyprawy po sprawunki. Poszliśmy zatem głosić słowo polskie wśród narodów świata. Warte poświęcenia im kilku słów są drogi ukraińskie. Drogi, jak sądzę, w zamyśle służące czterokołowym pojazdom, mają z równością i gładkością tyle wspólnego, co ja z fizyką kwantową i baletem klasycznym. Ale ma to swój czar. Jezdna droga jest urozmaicona, pełna niespodziewanych zwrotów akcji, różnorodna, ma tyle czadu co kakadu. Wieś ukraińska zresztą cała jest bardzo urokliwa. Nie wiem jakim to cudem boskim i bąbelkami, ale wcale nie tchnie zaściankowością. Ciekawa jest i bajkowa. I w związku z tym, że Kazika Wielkiego tam nie było, to jest w całości drewniana.
Sfinalizowaliśmy swój zamiar i dotarliśmy do wiejskiego sklepu, który był całkiem niekiepsko zaopatrzony. Także w kasy fiskalne najnowszej generacji, czyli liczydła koralikowe, których zawiłości obsługi należały na wyłączność do wiedzy tajemnej pani ekspedientki o masie całkowitej przekraczającej dopuszczalną, posiadającej protezę złotolitą i paznokcie w każdy ósmy dzień tygodnia czyszczone. Wróciliśmy na krawędź rzeki, w zamiarze mając zakreślanie dalszej trajektorii. Tam jednak zabawiliśmy odrobinkę dłużej, zabawiani opowieściami pana miejscowego odzianego w skórę wydziaraną, ozdobionego limem w kolorze purpury królewskiej, obdarzonego talentem oratorskim i nieskrępowanym sposobem bycia. Liczba osób pałających do nas sympatią po raz kolejny się wydłużyła. Jednak komu w drogę, temu trampek na nogę, a wiosło w garść i już po chwili kajakowaliśmy dalej. Przed nami były momenty wielce czarowne, ale niezbyt relaksowe, wpłynęliśmy bowiem w prawdziwy błędnik trzcin. Rzeka na tym odcinku zapomniała się wyprostować i płynęła bardzo leniwe. Kiszkowaty przesmyk miedzy okalającymi oczeretami to prawdziwe wyzwanie dla obsad kajaków.
- Czy uda nam się z tego wypłynąć? – zapytał jeden z kajakarzy.
- Jeśli Bóg pozwoli... – odparł komandor, tym samym uwalniając się od całkowitej odpowiedzialności.
Labiryntowaty i meandrowaty odcinek sprawił, że łatwo było stracić z oczu pozostałe ekipy, dlatego też ten fragment wyprawy można śmiało zaliczyć do tych osamotnionych. Dobrze jest, gdy następstwem wejścia do labiryntu jest również wyjście z niego. Nam, dzielnym kajakarzom, udała się ta sztuka. Na ostatek wypłynęliśmy na spore jezioro Strybuż. Prostolinijność widnokręgu zaburzona była przez krzyż majaczący w oddali – nasze miejsce przeznaczenia. Przypłynęliśmy tam niezadługo. Krzyż i pomnik jest miejscem pamięci tragicznej przeprawy żołnierzy z 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej. Obejrzeliśmy to miejsce, odpoczęliśmy nieco i ruszyliśmy dalej. Przystanek wypadł we wsi Szczodrochoszcze, gdzie znów zrobiliśmy zaopatrzenie w sklepie, a także u miejscowych. Adam wziął swoją tacę i poszedł po prośbie. Udało nam się zdobyć jajka, a także 5 kilogramów ziemniaków, za które pani przemiła nie wzięła od nas ani jednego pieniążka. Po sześciu kwadransach płynięcia przybyliśmy na miejsce noclegu. I tym razem wypadł on w malowniczej okolicy. Część ekipy poczęła budować domy, część zajęła się przygotowywaniem jedzenia, bo kiszki nasze po odegraniu we wnętrznościach całego swojego repertuaru sonat i etiud, grały teraz najbardziej markotnego marsza. Szmer czystego powietrza z echem szumu w tle, szept liści drzew i pomruk rzeki – czystej i dobrej sprawiały, że nikt nie tęsknił za cywilizacją. Nikomu nie przeszkadzało delikatne umorusanie towarzyszy podróży, ani swoje własne. Nikomu nie brakowało wszelakich urządzeń spod znaku kultury prądowniczej. Ale! Trzeba się umyć w mętnej rzece, żeby docenić ciepło wody z kranu, prysznic i łazienkę. Trzeba myć menażki popiołem z ogniska i trawą, żeby zauważyć finezję szkła i płynu do mycia naczyń. Jest konieczne pójście za potrzebą w nieprzenikniony atrament nocy, z latarką, która rozświetla zaledwie mały, stożkowaty wycinek rzeczywistości, żeby spostrzec subtelność dostępu do znajomej łazienki. Warto czuć pod stopami mlaskający, podmokły teren, żeby zauważyć wyrafinowaną, suchą gładkość chodników i podłóg. Mrok spowił najbliższą okolicę, kiedy zaczęła się kolejna nasza akcja pod kryptonimem „Płomień i fonia”. Kamień węgielny pod wyśmienity nastrój ekipy położyli Adam i Jarek, którzy prześcigali się w opowiadaniu dowcipów zgrywnych i przyzwoitych inaczej (w tym także kawału o Makgajwerze). Do liryzmu sytuacji przyczyniła się, jak zwykle, kochana żona Adama. W kształtowaniu zacnej atmosfery zasługi swe miał także Jarek i jego najnowsza interpretacja twórczości Perfectu, kiedy to na melodię Niewiele Ci mogę dać śpiewał Autobiografię. Świadkiem naocznym i nausznym jestem, że to wykonalne. Również i tą wieczorową porą małe istotki przypuściły na nas szturm, ale dzielnie broniliśmy się przed skomasowanymi atakami z pomocą wszelkiej maści spryskiwaczy, psikaczy, aerozoli, szprajów i rozpylaczy spod mniej lub bardziej inspirujących szyldów (w tym anty-bzyków i anty-bzykaczy - dopisek JAdam). Owady, które zapewne cierpiały na ADHD brzęczały niemiłosiernie, co zapewne w ich języku oznacza eskalację rozsrożenia i rozjuszenia. W końcu jednak kompozycja akustyczna została zdominowana przez dźwięki gitary i słowa piosenki o kwiatach, które wkrótce ustąpiły miejsca brzmieniu pogłębionych oddechów wszystkich uczestników wyprawy i pochrapywaniu na rozmaite sposoby, od tego przypominającego cichusie napinkalanie zacząwszy, na tym na kształt hardrockowego riffu skończywszy. Dzień 3
Okolica z czarnej stała się znów zielona, kiedy na miejsce naszego obozowiska przybyli mieszkańcy okolicznej wsi. Najpierw pojawił się pan, który poraził nas swoją elokwencją, a głos miał tak donośny, że obudziłby umarłego. Później w pobliże zawitała pani z wiaderkiem na żuczki. I czemu tu się dziwić? Moczary, odludzie, grzęzawisko dookoła, okolica cokolwiek dzika, to się okoliczna ludność zaczęła troskać, czy aby się tu nie zadomowił jakiś paskudny ogr. Więc wysłali najodważniejszych, by sprawdzili jak się przedstawia sytuacja. Wyjaśniliśmy grzecznie, że to nie ogr, ani inny straszny stwór, tylko „my z Polszy na bajdarkach”. To twierdzenie naszego niezastąpionego komandora niewątpliwie uspokoiło mieszkańców wsi i nie zapuszczali się więcej w okolice naszego biwaku.
Płynie Prypeć, płynie, po ukraińskiej krainie. My też po krótkich przygotowaniach, zabawie Bongo i Kazika w nimfy błotne i dogodzeniu żołądkom, odbiliśmy od brzegu. Tym razem rzeka była szeroka, z licznymi rozlewiskami, więc rejs mijał relatywnie leniwie pośród zmierzwionej roślinności porastającej brzeg. Wkrótce zaparkowaliśmy nasze kajaki we wsi Poczapy, przy chatce na jednej nóżce, która należała do pana śluzowego, opiekuna zastawki zamykającej wejście do Kanału Wolańskiego. Część ekipy udała się do sklepu, część została przy kajakach. Kazik zawarła bliższą znajomość z dziećmi i maleńkim kotkiem, który w swej dziecięcej figlarności wprawiał się do polowań na myszy, chwilowo oddając się próbom polowania na kury co najmniej pięciokrotnie przewyższające go w swych gabarytach. Pan śluzowy poczęstował nas mlekiem prosto od krowy, spałaszowaliśmy ciastka i wszelkiej głębi na przekór poszusowaliśmy dalej, by zwiedzać zieleń tataraków i brunatność czystej, ale niekoniecznie przejrzystej wody Prypeci. Dzień trzeci naszej wyprawy był chyba najbardziej męczący ze wszystkich. Po pierwsze ze względu na pogodę: żar lał się z nieba, wiaterku jak na lekarstwo. Po drugie przez długi czas płynęliśmy pośród trzcin i tylko pośród trzcin. Znikąd ratunku w postaci łąki, znikąd ratunku w postaci twardego podłoża, na którym można by rozprostować zmęczone kości ogonowe. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko na chwilę na kalistej [sic!] łące, ale wrażenia namacalne i olfaktoryczne nie należały do najwytworniejszych, dlatego też szybko zarządzono ewakuację. Po przepłynięciu dłuższego odcinka z zamiarem nocowania przy najbliższej sposobności zawitaliśmy na przysiółek. Jednak i to miejsce nie wydało nam się zbyt komfortowe. Szymon i Adam postanowili popłynąć dalej, żeby wybadać sytuację i w razie czego dać nam znać przez łokitoki, czy płyniemy dalej. Tak też się stało. Łąka oceniona przez załogę kanu rzutem oka, czy nadaje się dla pleców i karku została dwumyślnie wybrana na nocleg. Reszta drużyny dołączyła i już znajdowaliśmy się na terenie należącym do jednego pana miłego bardzo. Dobrze, że słońce miało się już ku zachodowi, bo jeszcze chwila i zostałyby z nas tylko słone skwarki w niebieskich naczyniach unoszące się po Prypeci. Bongo zaczęło przybierać barwy ochronne z powodu tej jasności i ciepła. Cała ekipa, sponiewierana była zresztą jak ruska ziemia, przygnieciona ciężarem promieni słonecznych i nasztachana ciszą, przerywaną przez dłuższy czas jedyne mlaskaniem dłoni wioseł. Światła dnia wkrótce całkowicie zgasły, jakby wyłączyła jej jakaś niewidzialna ręka. Tym razem Adamowy sprzęt do produkcji decybeli w systemie akordowym podniósł rokosz i stwierdził, że nie zaszczyci nas swą obecnością. Blask ognia rozświetlał nasze buzie przez krótki czas, po kilkudziesięciu minutach kurtyny tropików domów opadły i rozpoczęła się kolejna przerwa w komediodramacie pt. Ukraińskość
Dzień 4
Świt dnia następnego począł przenikać sennie do naszych mózgoczaszek, by zaraz zapomnieć o delikatności i wedrzeć się do nich brutalnie. Szacowne grono wynurzyło się z domów i po raz kolejny zaczęło preparacje do kolejnego dnia misji pod kryptonimem „Prypeć”. Komuna jedzeniowa w składzie: Adam, Szymon, Jarek, oraz Bongo i Kazik, które występowały w roli neutralizatora trującego stężenia testosteronu, skonsumowała wyborną jajecznicę, wysmażoną na naszej kuchni surwiwalowej. Za chwil kilka znów sunęliśmy po wodach Prypeci niczym Drużyna Pierścienia po wodach Anduiny. Nasz wspaniały komandor, który roztaczał wokół siebie subtelny zapach autorytetu postanowił, że tego dnia będziemy płynąć dziarsko i przepłyniemy dużo. Rozkaz ten przyjęliśmy mężnie na klatę. Okolica narzucała się swą zielonością przez około godzinę, jej prześliczność pieściła oczy. Wtedy nastąpiło zdarzenie, podczas których Los dostaje gorączkowych konwulsji ze śmiechu, drwiąc z pseudowszechmocy małego, groteskowego człowieka. Burza straszliwa. Lało, jak z co najmniej dwóch cebrów, niebo rozświetlane było co i raz paskudnie brzmiącymi i napełniającymi serca kajakarzy trwogą piorunami. Przemoczeni do suchej nitki zdołaliśmy wyjść z tej przygody w jednym kawałku. Wszystko uspokoiło się, jak po obejrzeniu chilloutu na mini mini i wkrótce zatrzymaliśmy się w miłej, by nabyć najpotrzebniejsze produkty. Zakupy poszły sprawnie i już, już mieliśmy zamiar wracać do kajaków, ale Adam z Bongiem zawarli znajomość z panem Adamem – Ukraińcem urodzonym w Polsce. Pobożne zamiary, by płynąć daleko i długo stopniały, niczym lodowiec na Saharze. Serdeczny pan Adam, najpierw chciał nas ugościć płacąc za nasze zakupy w sklepie. Gdy się nie zgodziliśmy zaprosił nas do swojego baru, gdzie wypiliśmy razem kawę z koniakiem, a potem spożywaliśmy napój rozwiązujący języki i roztańcowujący kończyny. Na koniec zjedliśmy pyszne pielmienie. Cud, miód i ultramaryna. Zabawiliśmy u pana Adama dłuższą chwilę, raczeni opowieściami bajkowymi, a także pochłonięci dyskusją o wspólnym Euro 2012, bo ustaliliśmy, że w finale będą grały Ukraina vs. Polska i to spotkanie zakończy się wynikiem remisowym. O tempora! O mores! Duch w narodzie buzował, ale żeby nie rozbestwić się z nadmiaru rozkoszy, to po uwiecznieniu się z panem Adamem na wspólnej fotografii pożegnaliśmy się czule. Nawet dwa razy. Wróciliśmy do kajaków, rejs został wznowiony, rośliny zieleniły się w intensywności swojego chlorofilu, wyolbrzymione wobec próżni świata. mini fabryki produktów UHT krowiły się przybrzeżnie, a my wkrótce urządziliśmy sobie postój w kołyszącym się sitowiu. Potem znów chwil dłuższych minęło spędzonych w naszych lancetowatych łódkach i znaleźliśmy najpiękniejsze (skromnym zdaniem autorki tych słów) w czasie całej wyprawy miejsce na nocleg nieopodal miejscowości Lubotyń. Piaszczysta, złocista plaża, narzucająca się zieloność i iglastość lasu sprawiły, że odgrywanie życia właśnie w tym miejscu było przyjemnością najwyższych lotów i smaków. Z braku innych opcji politycznych trzeba było zabrać się po raz kolejny za rozstawiane domów. Po czynnościach napełniających żołądki, a także czynnościach ablucyjnych, nasz obozowy animator czasu wieczornego, wraz z towarzyszami kilkoma zaczął śpiewać urocze piosenki żołnierskie. Gromkością czynu owego postanowił postawić na nogi wszelkie istoty żyjące w promieniu najbliższych kilkunastu kilometrów. Udało mu się to oczywiście. W 10 minut po tym rozigraniu, niczym strażnik Teksasu w obozie naszym pojawił się pan Borys na motorze. Trochę zaniepokojony hałasem, z hardą miną niczym u księcia półkrwi, albo przynajmniej grafa, wkroczył pośród Polaków. Został jednakże szybko udobruchany znaną na cały świat polską gościnnością, a także ciągłymi dolewkami rozmaitych cieczy. Po wypiciu sześciu głębszych, konwersacja kwitła drapieżnie niczym wiszące ogrody Semiramidy. Później Pan Borys odmówił zaakceptowana dalszych poczęstunków, gdyż przypomniał sobie, że przecież jest zmotoryzowany, a poza tym jest w pracy. Podarował nam kilka małych ryb, pożegnaliśmy go z żalem i oddaliśmy się relaksowi pokolacjowemu. Rzeczywistość po zmroku błysnęła gwiazdą, dym z naszego paleniska bujał się po okolicy, a jarząbkowa towarzyszka po raz kolejny niechętna niestety była towarzystwu. Wtedy nastąpiło coś, czego nikt się nie spodziewał. Nadeszło to zupełnie nieoczekiwanie, ku zaskoczeniu wszystkich. Nadpobudliwy zgiełk rozwścieczonych, krwiożerczych bestii wypełnił teraźniejszość. Atmosfera wyjęta żywcem z krainy czarów zmieniła się w ciągu kilku sekund w trochę łagodniejszą wersję realiów Ptaków Hitchcocka. Przetrwaliśmy ten szturm, nieustraszenie i desperacko próbując uniknąć ran kłutych, ale niestety niezupełnie nam się to udało. Dzień zakończył się zażartą dyskusją Marty i Adama o naturze teologiczno–filozoficzno-moralnej. Jednak obie strony, bez dojścia do rozwiązania, doszły do wniosku, że palpitacja mentalności nie obliguje ich do prowadzenia dłużej merytorycznych konwersacji na ten temat. Dobrze, że nie doszło do krwawej sieczki, chociaż księżyc tej nocy właśnie taki rozwój wydarzeń zapowiadał. Otoczony białym okręgiem, pomarańczowo-ognisty, na co dzień srebrny prezentował się dość smerfastycznie. Na wschodnich krańcach świata sine smugi zostały już wymalowane, gdy wreszcie wszyscy ułożyli się w pozycjach horyzontalnych i zostali przetrąceni snem.
Dzień 5
Trzeźwy świt nastąpił zaniedługo. Przykro było opuszczać te urokliwe czahary. Przed nami, jak miała pokazać najbliższa przyszłość, było moc atrakcji. Tego dnia postanowiliśmy nie płynąć zbyt daleko. Droga wśród oczeretów nie była zbyt przyjemna. W pobliskim regionie grasował ukraiński Szewczyk Dratewka.. Niebezpieczny był to gość, zakręcony jak ruski termos i miał dziwną obsesyjkę, by wytępić wszystkie okoliczne smoki. Te jednak nie dawały za wygraną i po każdym wątpliwej jakości obiedzie, serwowanym przez Szewczyka, zaspokajały swe pragnienie wodami Prypeci. Wody ubywało, było już jej naprawdę mało i na powierzchni wody pokazywały się roślinki, które w zamiarze matki natury powinny znajdować się pod powierzchnią. Dlatego też przeprawa kajakami przez te rośliny była prawdziwym wyzwaniem dla tandemów kajakowych. Rzeka konsekwentna jest w toczeniu swych nurtów i my idąc za jej przykładem daliśmy pokaz przykładnej konsekwencji w ciągłym powtarzaniu operacji „Płyń i postój”. Zawitawszy do pobliskiej miejscowości udaliśmy się po raz kolejny po zakupy. W tej wsi były aż dwa sklepy i inne pokusy. Po zaopatrzeniu się w jednym sklepie, udaliśmy się do drugiego. Akcję tę powtórzyliśmy aż dwa razy, bo pomysł na obiad był, ale majaczył się niewyraźnie. Czekając na to, by cała hanza pozałatwiała sprawunki Szymon oddał się uciechom najweselszym. Pożyczywszy traktor od miejscowych organizował sobie wycieczki o kolistej trajektorii. Nikt nie protestował, nawet właściciel rzecznego środka lokomocji. Zresztą Szymon to w ogóle i w szczególe fajny kapitan. Z nim to można pójść na trzcinowisko i zapomnieć wszystko. A zwłaszcza można zapomnieć o czystych butach i nudzie. Zapewniani o tym, że w okolicach jeziora Lubiaź, do którego się nieuchronnie zbliżaliśmy, znajduje się wiele gospodarstw rybnych, wróciliśmy do kajaków i po raz kolejny podjęliśmy sunięcie po wodach Prypeci, niczym gondolierzy po kanałach Wenecji. Warto było się snuć po rozdrożach i niepogodach przez te dni, by dotrzeć do pięknego w swojej naturalności miejsca nad jeziorem. Zakotwiczyliśmy nasze kajaki w okolicach wybijającego się kilkadziesiąt metrów nad poziom wody wzniesienia. Spędziliśmy tam kilka momentów wielce czarownych, a miejscem na biwak był niewielki zagajnik nieopodal. Pierwszej atrakcji tego wieczoru doświadczyliśmy niedługo. Niezawodny i dbający o dobro swych podopiecznych Szymon zamówił u jednego Pana Rybaka szczupaki. Jako, że zamówienie obejmowało również bezpłatną dostawę do domu, to do naszego obozowiska przybył tenże Pan z przeznaczoną do rąk własnych przesyłką. Nie był on zanadto towarzyski ani rozmowny, ale nie martwiliśmy się tym, bo po obejrzeniu zdobyczy, które nam podarował, wyobraźnia zaczęła działać na zwiększonych obrotach, a ślinianki na obrotach błyskawicznych wręcz. Aby oddać koloryt cudowności tej sytuacji braknie mi słów niestety, bo zachłyśnięcie się cudownością miało swój skutek uboczny – chwilowe wyjałowienie mózgu właśnie na tę chwilę. Warto jednakże powiedzieć o męstwie i nieustraszoności dwóch członków naszej załogi. Z wrodzonym sobie lśniącym i intrygującym polotem do oprawiania ryb przystąpili Jarek i Szymon. Woń ryb wyżerała powietrze, ślinianki wszystkich wycieczkowiczów były rozgrzane do rubinowości. Niewystarczająca wiedza o rzeczywistych przyczynach i przebiegu nie pozwala mi na racjonalne wytłumaczenie tego zdarzenia, więc cudem je nazwę: ktoś znalazł bułkę tartą i wkrótce rybie kotlety skwierczały już na patelni obsługiwanej z nie mniejszym polotem i przy pomocy katabajstra przez Krzysztofa. Nektar i ambrozja to pikuś w porównaniu do naszej kolacji podczas schyłku tego dnia. Mimochodem Adam przyniósł gitarę i zaczął umysły ludzi uczciwych moroczyć, najgorętszy z żywiołów smyrgał nasze piękne lica, rzucając na nie jasny blask i roztańczone cienie. I tak tkwiąc w kręgu jasności pogrążaliśmy się w marnotrawieniu życia. Tacy byliśmy uparci w tym naszym bezkresnym półśnie, że jeden po drugim człowieczki zamieniali je w cały sen. Również ten wieczór obfity był w dyskusje, tym razem na temat natury miłości, o której filozofowie kontemplują od 4 tysięcy lat i jeszcze nie doszli do konstruktywnych rozwiązań. I dwójka ludzi próbowała do tychże dostać, co oczywiście nie udało się. Zabrakło milczenia pełnego zrozumienia niestety. Najwytrwalsi imprezowicze kładli się spać, gdy słońcu do zenitu brakowało już tylko siedmiu godzin, poprzedzając ten fakt zażyciem odświeżającej kąpieli w przejrzystym jeziorze. Dociskając ciało do duszy, a głowę do poduszki było mi siakoś tak tęskno i melancholijnie w tę noc.
ZDJĘCIA I FILMY Z TEJ WYPRAWY ZNAJDZIECIE W GALERII |